Męski wypad w poszukiwaniu „niczego”

Męski wypad w poszukiwaniu „niczego”

Zbliżał się jeden z ładnych październikowych weekendów. Sytuacja była taka, że Shepard lekko nie domagał na zdrowiu i nie było perspektyw na dłuższe spacery. Postanowiłem, że zabiorę Lindka i pojedziemy w góry w poszukiwaniu „niczego”. To tytułowe „nic” wzięło mi się od pewnego człowieka, który kiedyś żalił mi się, że był na Podlasiu i tam NIC nie ma. No ale my jesteśmy dziwni i takie nic uwielbiamy. Cisza, spokój, tylko my i przyroda. Żadnych ludzi, hałasu, zamieszania. No więc postanowione, jedziemy gdzieś zresetować się.

Chciałem mieć cały dzień dla siebie, więc potrzebowałem dwóch noclegów. Miejsca typu Karpacz, Szklarska Poręba czy Kudowa Zdrój odrzuciłem na początku bo nie o to nam chodziło. Sprawę nieco komplikował fakt, że noclegu na sobotę i niedzielę szukałem w czwartek. Skorzystałem z booking.com i okazało się, że w październiku nie ma dużego problemu z noclegiem last minute. Jedną z kilku rozważanych propozycji była Chata Na Przełęczy w miejscowości Poręba w Górach Bystrzyckich. Szybka wiadomość do właściciela czy NA PEWNO można z psem, nawet jeśli jest WIĘKSZY od Yorka. Można, zapraszamy. Ok, rezerwacja, płatność, zaklepane.

Przełęcz nad Porębą. Tu niedaleko będziemy spać.

Sobota: na początku miła niespodzianka. Przychodzi SMS z Chaty na Przełęczy z informacją, że nasz kod do drzwi jest taki, a klucz do pokoju jest tu i życzymy miłego pobytu. Super, nikt nie będzie musiał na mnie czekać, ja nie będę musiał czekać na nikogo. Zero interakcji – lubimy to. Mama wróciła z pracy i zostanie z młodym, więc my się zbieramy. Na początku miasto nie chciało nas wypuścić, bo w sobotę o godzinie 15 generuje przedziwne sytuacje na drogach, żeby nas zatrzymać, opóźnić, spowolnić. Nie poddajemy się i jakiś czas później na horyzoncie pojawiają się góry. Robimy sobie przerwę na siku w Bardzie. Często tędy przejeżdżamy, trzeba będzie kiedyś tu przyjechać pokręcić się po całkiem ładnej okolicy. Jedziemy dalej. Jako że nie śpieszy nam się, postanawiam nadrobić nieco kilometrów i zamiast w Kłodzku skręcić w stronę Bystrzycy, jedziemy drogą nr 8 na Kudowę i za Dusznikami skręcamy na autostradę sudecką. Jest to jedna z najwyżej położonych dróg w Polsce. Kręta, mało uczęszczana droga prowadzi szczytami aż do Międzylesia i oferuje piękne widoki. Zatrzymujemy się na szybkie zdjęcia bo robi się ciemno. Pół godziny później jesteśmy w naszym pokoju.

Postój przy „autostradzie sudeckiej”.

W niedzielę rano wita nas wspaniały widok na przełęcz i Kotlinę Kłodzką.

Poranny widok z okna.

Nie mamy żadnych planów: nie chcemy zdobywać konkretnych szczytów ani zwiedzać zabytków. Chcemy po prostu się poszwędać po lasach i górach. Spoglądam na Mapy.cz (te od Pufoświat 🙂 i widzę, że w odległości 1,5km w linii prostej od nas jest czeska miejscowość Neratov. Dawno temu tam byłem i pamiętam, że w tej małej wiosce jest ciekawy kościół ze szklanym dachem. Można by tam pójść, ale na granicy polsko-czeskiej płynie rzeczka a najbliższy most jest w odległości 10km. Nie mając innego planu postanawiam, że pójdziemy na granicę i poszukamy kamieni, brodu lub zwalonego drzewa – spróbujemy przejść. Jak jechaliśmy samochodem rzeka wyglądała na taki większy strumień, może się uda. Wyruszamy w chłodny ale słoneczny poranek i niedługo potem przez łąki i las docieramy nad strumyk. Taaaaak, strumyk może i nie jest głęboki ale szerokość 5-6 metrów robi wrażenie. Czarno to widzę.

Tata, trochę duży ten strumyk, co?

Idziemy dalej wzdłuż rzeki bez większych nadziei na jej pokonanie. Na wysokości samego Neratov okazuje się, że będzie tu most. „Będzie” jest słowem kluczowym. Na razie betonują przyczółki. Już mamy się wycofać ale kątem oka widzę coś w krzakach: kładka! No tak, przecież robotnicy muszą jakoś się tu przedostawać.

Idziemy oglądać kościół i stary cmentarz. Robi się tłoczno bo ludzie zjeżdżają się na mszę. Szybko robimy zdjęcia i wracamy do Polski.

Resztę dnia spędzamy włócząc się po cudownie cichych i spokojnych łąkach wokół wzgórz Miłoń i Jedlnik a potem wracając podziwiamy widoki na Kotlinę Kłodzką i Masyw Śnieżnika.

Wieczór spędzamy odpoczywając w pokoju a ja uświadamiam sobie jak odprężające jest czasem nie musieć z nikim rozmawiać przez dzień czy dwa. Jedyną osobą do której mówię jest Ewa, która zadzwoniła spytać co tam u nas słychać. To był dobry dzień.

W poniedziałek jeszcze raz oglądamy wschód słońca nad Kotliną i zbieramy się do domu. Wracamy do miasta, tłoku, hałasu, ale o tym już nie chcę opowiadać.

Comments are closed.
%d bloggers like this: